ODCINEK IV
Wrzesień 2026
Sezon chorobowy, kochani, w pełni.
Idealna okazja, żeby opowiedzieć Wam trochę o metodach leczenia
w polsko-marokańskiej rodzinie.
Tak więc nie wiem, czy wiecie, ale bóle głowy są dziedziczne. I ja, w ramach rodzinnego spadku, otrzymałam migreny.
Kiedy więc zaczyna mnie boleć głowa, każdy w naszej rodzinie ma swoją metodę.
Mounir w tej sytuacji natychmiast stosuje naturalne metody leczenia. Moja teściowa się za mnie modli, a mój typowo polski tata,
czyli człowiek odpowiedzialny za przekazanie mi tego zestawu genów, biegnie do mnie z zapasem tabletek przeciwbólowych.
Dwie kultury. Trzy metody.
Jak myślicie, która działa najlepiej?
⸻
2022
Byliśmy u moich rodziców. Spędziliśmy w moim domu rodzinnym dwa dni.
Moje kontakty z rodzicami w tamtym czasie były… delikatnie mówiąc, słabe.
Właściwie pierwszy telefon do mamy od dłuższego czasu wykonałam właśnie po to, żeby poinformować ją, że przyjadę z przyszłym mężem.
Atmosfera była napięta. I bynajmniej nie dlatego, że mój wybranek pochodzi z kraju zachodzącego słońca.
Była napięta… do momentu, w którym Mounir wysiadł z samochodu.
Ten człowiek wysiadł z uśmiechem, torbą prezentów i nastawieniem, jakby właśnie przyjechał nie do swoich przyszłych teściów, tylko do ludzi, których zna od zawsze.
Jakby przyjechał do własnej rodziny.
I niesamowite.
Napięcie zeszło.
Zaczęło być normalnie. Potem zabawnie.
Rodzice zabrali nas na obiad w góry. Chcieli pokazać Mounirowi nasze tereny.
Pierwszego dnia mama oczywiście pochwaliła się swoimi umiejętnościami kulinarnymi i nie, nie zaserwowała nam golonki.
Gotuje najlepiej.
Mounir też już to wie.
Te dwa dni były naprawdę piękne.
Dostaliśmy błogosławieństwo i zapasy jedzenia.
Ale najbardziej zapamiętałam coś zupełnie innego.
Patrzyłam na Mounira w moim rodzinnym domu i pierwszy raz zobaczyłam go nie tylko jako mężczyznę, którego kocham,
ale jako człowieka, który naprawdę może stać się częścią mojej rodziny.
Nie był spięty. Nie próbował niczego udowadniać. Nie zachowywał się jak ktoś, kto właśnie zdaje najważniejszy egzamin
w swoim życiu.
Po prostu był sobą.
Uśmiechał się, rozmawiał z moimi rodzicami, przyjmował jedzenie, prezenty i całą tę polską gościnność, jakby robił to od lat.
A ja patrzyłam na niego i zaczynało do mnie docierać, że to już nie jest jakaś romantyczna historia, która sobie trwa.
To zaczyna być moje życie.
Że za chwilę może się okazać, że człowiek, który jeszcze niedawno był dla mnie kimś z zupełnie innego świata,
będzie siedział przy stole z moimi rodzicami już nie jako „chłopak” (nie lubię tego określenia) ich córki, ale jako ich zięć.
I chyba pierwszy raz pomyślałam o tym bez strachu.
Nie: „Czy to się uda?”
Tylko:
„Chyba naprawdę chcę, żeby się udało”.
To było dziwne uczucie.
Trochę wzruszające.
Trochę przerażające.
I bardzo dorosłe.
Bo nagle trzeba było przestać myśleć o tym, czy jesteśmy zakochani, i zacząć myśleć o tym, czy naprawdę chcemy być razem.
A ja już wiedziałam, że chcę.
Wróciliśmy do Krakowa.
I chyba właśnie wtedy przyszedł czas, żeby przestać mówić o ślubie jak o czymś, co kiedyś tam się wydarzy.
Bo ile można?
No dobra, dobra…
Weźmiecie w końcu ten ślub czy nie?
Tak.
Dzisiaj.
Dziś wyjdę za mąż.
A co mi tam?
Na ulicy Floriańskiej w Krakowie.
Pytam Mounira, co mam ubrać na tę wyjątkową okazję.
Odpowiada:
„Ubierz się normalnie”.
Czyli konkretnie.
Bardzo konkretnie.
Z Mounirem miałam spotkać się na miejscu o 16:00.
Wychodzę z mieszkania i myślę sobie:
Tyle już mieszkam w tym Krakowie. Pojadę autobusem.
Wyjdę za mąż, pojadę pierwszy raz autobusem.
Nowy rozdział. Nowe życie. Nowa ja.
Pojechałam.
Tyle że nie w tę stronę.
Jeszcze nie zostałam żoną Marokańczyka, a poczucie czasu miałam już zdecydowanie arabskie.
Śmieszne?
Teraz, kiedy to piszę, może i tak.
Wtedy nie.
Bo do całej sprawy podchodziliśmy bardzo poważnie.
Dzwonię do Mounira.
„Spóźnię się, bo się zgubiłam”.
Po drugiej stronie cisza.
A potem lekkie zdenerwowanie:
„Ale jak to się zgubiłaś?”
No właśnie.
Sama chciałabym wiedzieć.
W końcu dotarłam.
Dotarłam!
16:00.
Jestem.
Tylko że Imama nie ma.
Czekamy.
Ja, Mounir i świadek.
Którego, swoją drogą, widzę pierwszy raz w życiu.
Godzinę.
W końcu Imam się pojawia.
Okazał się fantastycznym nauczycielem. Mądrego to aż miło posłuchać.
Pięknie tłumaczył kwestie małżeństwa, obowiązków i wzajemnego szacunku.
Właściwie teraz, kiedy o tym piszę, zaczynam się zastanawiać, czy nie powinnam kiedyś zrobić osobnego wpisu o tym, jakie obowiązki w małżeństwie według islamu ma żona wobec męża, a jakie mąż wobec żony.
Może kogoś to zainteresuje.
W pewnym momencie Imam wspomniał również o posagu.
Wyjaśnił, że mi się należy i że mogę zażyczyć sobie właściwie wszystkiego.
Samochodu.
Kamienicy.
Czegokolwiek.
A ja, jako człowiek zdecydowanie mniej materialistyczny, pokazałam mu mój 14-karatowy pierścionek.
I uznałam, że chyba możemy na tym poprzestać.
Kiedyś słyszałam, że jeśli małżeństwo jest dobre, to można dorobić się wielu rzeczy razem.
I tak właśnie.
Przy kawie.
W obecności świadka, którego pierwszy raz widziałam.
Bez sukni.
Bez kwiatów.
Bez wielkiej orkiestry.
Według zasad islamu zostałam żoną Mounira.
Potem poszliśmy ze świadkiem na kolację.
Nadal nie wiem, jak miał na imię.
I można by się teraz spodziewać wodospadu romantyzmu.
Muzyka.
Łzy.
Spojrzenia.
Wielkie „tak”.
A tymczasem…
No cóż.
Ślub w islamie może wyglądać właśnie tak.
Nie mówię oczywiście o pięknych marokańskich weselach, bo to zupełnie inna historia.
Mówię o samym zawarciu małżeństwa.
Kilka słów.
Świadek.
Imam.
Kawa.
I nagle jesteś żoną.
Ale spokojnie.
Przed nami jeszcze ślub cywilny.
Tam to dopiero będzie…
urzędowo.
romantycznie.
I oczywiście absolutnie po naszemu.
Jestem żoną.
Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko,
jeśli dotarłeś lub dotarłaś aż tutaj, to już wiesz, że w tej historii niewiele rzeczy odbywało się zgodnie z planem.
I chyba właśnie tego chciałabym Ci życzyć.
Żebyś w swoim życiu spotkał lub spotkała człowieka, przy którym nawet największe różnice nie będą przeszkodą, tylko częścią Waszej wspólnej historii.
A jeśli jesteś już w związku międzykulturowym, pamiętaj, że nie musicie być tacy sami.
Czasem wystarczy, że potraficie być po tej samej stronie.
A całą resztę…
dogadacie po drodze.
Nawet jeśli jedno z Was jedzie nie tym autobusem.
Do następnego odcinka.
Bizu,
Kinga
Darija Empire
Monika Benouahi
NIP: 561-144-68-45
Szukaj nas tu:
Website created in white label responsive website builder WebWave.